Jak misjonarz z biznesmenem…

Poniższa diagnoza podstawowych problemów występujących na płaszczyźnie współpracy nauki z przemysłem jest wynikiem moich 30-letnich doświadczeń w tym zakresie, które zdobyłem realizując ponad 100 projektów. Ważniejsze wyniki opublikowałem w ponad 45 pracach. Przytoczone przykłady należy traktować w kategorii ciekawostek, które jednak wydają się dobrą ilustracją omawianych zjawisk. 
Zjednej strony, z przedstawionej dalej diagnozy wynika spora dawka ?niemocy?. Z drugiej jednak widać, że niezależnie od warunków ekonomicznych i politycznych osiągnięcie korzyści z efektu synergii było i jest możliwe. Skoro tak, to należy zastanowić się nad katalizatorem pozwalającym zwiększyć tempo rozwoju w przyszłości. Jednak przyspieszanie ?na oślep? procesów optymalizujących współpracę nauki z przemysłem może prowadzić donikąd. Dlatego należy w pierwszej kolejności zdefiniować kierunek i metody pozwalające na jego stabilne utrzymanie. 
Szukanie kierunku nieuchronnie wymaga odpowiedzi na pytania: co dobre, a co złe, co korzystne i dla kogo? W trakcie jednej z dyskusji dotyczących omawianej tematyki usłyszałem, że ?biznesmen to osoba, której naturalnym celem jest pomnażanie własnych lub powierzonych mu pieniędzy?. Trudno odmówić tej definicji racji, ale ma ona pejoratywny podtekst. Dlatego ja wolę definicję, w której zdolność do pomnażania pieniędzy jest tylko pewnym wskaźnikiem jakości, który pozwala ocenić efektywność pracy tej grupy społecznej. Przez analogię można powiedzieć, że zdolność do pomnażania dorobku naukowego jest miarą efektywności działań naukowców. W rezultacie dostajemy dwie różne funkcje celu. Musimy więc znaleźć optymalne środowisko, w którym te funkcje mają szanse na realizację z minimalną liczbą skutków ubocznych. 
Z wiedzą do spółki
Realizacja przyjętych funkcji celu wymaga istnienia pewnej instytucji o charakterze kapitałowym. Takiej, w której pomnażanie wartości będzie przedmiotem oceny efektywności jej działania. Zwykle pomnażanie pieniędzy kojarzy się z generowaniem coraz większych zysków. Nie one są jednak w omawianej formie działalności najbardziej istotne. Chodzi raczej o pomnażanie wartości samej firmy poprzez tworzenie nowych wartości niematerialnych i prawnych. Niestety, minione lata zdewaluowały wartość takich pojęć, jak wiedza.
Niedawno, w trakcie rozmowy z jednym z prezesów, który szukał rozwiązania swojego problemu, mogłem usłyszeć: ?skoro pan wie, to czemu po prostu mi pan nie powie?!?.
Dziś o wartości spółek decydują głównie obroty. Dlatego zdecydowanie łatwiej tworzone są spółki, w których kapitał materialny wykorzystywany jest do kupienia innowacyjnej maszyny, niż do wytworzenia know-how. Ta tendencja niestety dominuje również praktycznie we  wszystkich funduszach pomocowych.
W tego typu firmach kluczowy jest trzon zespołu, który ma sprostać wyzwaniom merytorycznym, tworząc nową wiedzę i zabezpieczając ją prawnie. Warto podkreślić, że tylko zabezpieczona wiedza ma wartość rynkową. Mamy zatem kolejną sprzeczność, ponieważ ? jak sama nazwa wskazuje ? publikacje mają charakter publiczny, więc nie pozwalają zabezpieczyć praw majątkowych. Tu pomocy trzeba szukać na przykład w Radzie Starszych, która zostanie utworzona jako pewna forma organu doradczego i kontrolnego ? w celu podejmowania decyzji o tym, co i w jakim zakresie publikować. Aby stworzyć ludziom tworzącym zespół odpowiednie warunki pracy, potrzebny będzie również kapitał materialny. W odróżnieniu jednak od typowej spółki kapitałowej jest on jedynie warunkiem koniecznym.
Jeśli zespół ten ma być nadal związany ze swoją macierzystą uczelnią, opisywana instytucja powinna być w pewnym stopniu pod jej osłoną. Wydaje się, że w obecnych realiach wszystkie wymagania spełnia spółka akcyjna. Szczególnie jeśli ma charakter publiczny, tzn. jest notowana na giełdzie, na przykład NewConnect. W takim scenariuszu jednym z inwestorów mogłaby być uczelnia, która do tworzonej spółki wniesie aportem wartości niematerialne i prawne. Z definicji notowane spółki muszą charakteryzować się dużą transparentnością swojej działalności. To poważny atut w czasach histerycznej reakcji na każdą sytuację, w której może potencjalnie powstać jakieś ognisko korupcji. Kolejną zaletą jest możliwość stosunkowo łatwej zmiany stopnia zależności spółki od uczelni.
Kwestia psychologii 
Jest bardzo wiele możliwych pól współpracy pomiędzy nauką i przemysłem. Oczywiście znamy też szereg barier. Na podstawie moich doświadczeń w zakresie wdrażania innowacji w przedsiębiorstwach przemysłowych można wyróżnić dwie przeszkody: 
? formalno-prawną ? należy wyznaczyć podmiot odpowiedzialny,
? merytoryczną ? należy ocenić ?poziom naukowości?.
Doświadczenie uczy, że jest jeszcze jedna bariera, znacznie trudniejsza do pokonania, a mianowicie bariera psychologiczna ? obie strony boją się ośmieszyć. Niestety trzeba powiedzieć, że obawy te są uzasadnione zarówno w sferze merytorycznej, jak i kontraktowej. W trakcie mojej wieloletniej praktyki widziałem już projekty prowadzone przez wybitnych profesorów, które nie doczekały nawet fazy merytorycznej oceny wyników, bo wcześniej poniosły kompletną klęskę organizacyjną. I tu przemysł jest na uprzywilejowanej pozycji. Można rzec, że często zajmuje arogancko dominującą pozycję. Przejawem takiej postawy jest słyszane często stwierdzenie: ?a co mnie obchodzą pana problemy numeryczne z modelem. Umie pan liczyć? To niech pan sobie policzy, ile wynosi 1% kar umownych od wartości kontraktu dziennie?.
Rozważania dotyczące uwarunkowań kontraktowych prowadzą do zdefiniowania kolejnej bariery, silnie związanej z poprzednimi. Właściwie nie jest to bariera, tylko sprzeczność interesów. Naukowiec w ramach projektu chce prowadzić badania, które ze swej istoty mogą zakończyć się fiaskiem, ponieważ ? jeśli sukces jest gwarantowany ? prowadzone prace trudno zakwalifikować jako badania. Z kolei zadaniem inżyniera z przemysłu jest egzekwowanie kontraktu, w którym nie ma przewidzianego marginesu na jakąkolwiek porażkę, włączając w to potknięcia merytoryczne. Innymi słowy, żadna umowa, którą znam, nie przewidywała misyjnego charakteru pracy członków zespołu badawczego. Przy tak pryncypialnym podejściu z pozycji egzekutora przygoda z przemysłem kończy się na ogół ? na szczęście dla obu stron ?  na takim mniej więcej dialogu:
Naukowiec: ?Warto by było zastosować u was…?,
Inżynier: ?A czy pan już to gdzieś wdrożył?!?.  

Nagminną jest też sytuacja odwrotna, której przykładem jest specyfikacja na wybudowanie kotłowni o mocy kilku megawatów. Kotłownia miała pracować bezobsługowo i stanowić tylko jeden element farmy kotłowni wspólnie sterowanych nadrzędnym systemem zdalnego sterowana najnowszej generacji. Niestety w specyfikacji nie było informacji na ten temat, choć inwestor dysponował dokumentacją zawierającą szczegółową koncepcję, z której wynikało, że jest to rozwiązanie unikalne. Warto postawić pytanie: dlaczego inwestor zataił tak istotną wiedzę, w konsekwencji działając przeciwko sobie. Odpowiedź jest prosta: tylko nam się wydawało, że unikalność rozwiązania jest taka oczywista. Nasz partner uznał filozoficznie, że system to system ? ma po prostu umożliwiać zdalne sterowanie tą, a później kilkoma następnymi kotłowniami ? więc w czym problem?
Trochę historii, czyli… prostytucja intelektualna
Tak się złożyło, że działalność na polu współpracy nauki i przemysłu była zawsze wkomponowana w zakres mojej aktywności zawodowej. Od 2 maja 1979 roku, kiedy po raz pierwszy usiadłem na twardym zydlu stażysty Akademii (celowo nie podaję nazwy), codziennie idąc do pracy zadawałem sobie pytanie, czy jestem misjonarzem, czy raczej rzemieślnikiem. Jako dobrze rokujący, ale początkujący naukowiec swoją przygodę z przemysłem zacząłem wyjątkowo wcześnie, bo już w pierwszych latach mojej nowej, ukochanej pracy. Jakimś wielkim cudem zgłosiła się do nas Wielka Kopalnia z prośbą, o zaprojektowanie i wdrożenie mikrokomputerowego systemu monitorowania urządzeń wydobywczych. Pełni energii i zapału jak najszybciej chcieliśmy przystąpić do pracy. Tu pojawił się jednak zasadniczy problem, nikt nie wiedział, jak ma wyglądać współpraca z Wielką Kopalnią od strony organizacyjnej. Co krok natykaliśmy się na bardzo tajemnicze i obco brzmiące dla nas terminy, jak: umowa, budżet, harmonogram i ? w końcu ? rachunek (faktur nie było). Sprawa była tym bardziej skomplikowana, że nasza Pracownia podlegała Zakładowi Akademii, który organizacyjnie był jednostką Instytutu Przemysłowego, ale merytorycznie podlegał Akademii. Co więcej, nasza Pracownia zlokalizowana była na terenie Instytutu Politechniki w innym mieście. To tam korzystaliśmy z wszelkich zasobów potrzebnych do wdrażania pomysłów, jakie powstały w naszych młodych, naukowych głowach. Prawdę powiedziawszy, oprócz tych pomysłów i możliwości ich zrealizowania niewiele się wtedy liczyło. Szczęście nam sprzyjało, ponieważ przekonaliśmy władze Instytutu Politechniki, by zaangażowały się w projekt i wsparły nas organizacyjnie. Pomógł nam fakt, że już wtedy hasło konieczności współpracy z przemysłem było modne.
Wielka Kopalnia była bardzo zadowolona z wyników naszej pracy. Powstało kilka publikacji, z których do dziś jestem dumny. Wtedy była to dla mnie wspaniała przygoda intelektualna. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy od życzliwych, z szeptanej poczty korytarzowej (e-maili wtedy nie było) dowiedziałem się, że ? kolokwialnie mówiąc ? nasza praca postrzegana jest raczej jako forma… prostytucji intelektualnej.
Zaradność, czyli kwadratura koła 
Z mojej praktyki wynika, że pytanie: gdzie kończy się nauka a zaczyna rzemiosło oraz co jest projektem badawczym, a co zwykłą fuchą wykonywaną z niskich pobudek, jest jednym z bardziej istotnych. Szczególnie dla młodych, początkujących naukowców. Ponieważ nie ma miary ?poziomu naukowości?, precyzyjna odpowiedź na to pytanie jest niemożliwa. Zatem bardziej istotne jest, kto ma na to pytanie odpowiedzieć: naukowiec, który może ewentualnie odmówić udziału w projekcie, czy zwierzchnik (zwykle też naukowiec), którego kompetencje pozwalają na wprowadzenie formalnych restrykcji i uniemożliwienie udziału tego pierwszego w projekcie? Jak pokazują następne opisane przykłady, drugie rozwiązanie jest na ogół mało skuteczne w dłuższym horyzoncie czasowym. 
Ponieważ Wielka Kopania była bardzo zadowolona z wyników pracy, mogliśmy kontynuować naszą współpracę z prawdziwym przemysłem. Barierą okazała się odmowa wsparcia tej współpracy przez Instytut Politechniki. Ponieważ zarówno Wielka Kopania, jak i my, czyli zespół, nie byliśmy z tego wsparcia zadowoleni, początkowo całkowicie ignorowaliśmy ten fakt. Dziś sprawa wyglądałaby zupełnie prosto, ale w tamtych czasach (przypomnę, że były to lata 80.) nie było możliwości założenia własnej firmy. Planowa, sterowana centralnie gospodarka nie dawała również żadnych szans na zrealizowanie dodatkowego projektu gdziekolwiek poza planem. Z prostej przyczyny: wszyscy mieli limity wynagrodzeń! W związku z tym zamiast robić doktorat ze sterowania optymalnego silnikiem klatkowym z wykorzystaniem kwadratowego wskaźnika jakości (temat chyba nadal do wzięcia) musiałem zrobić doktorat z zaradności i rozwiązać kwadraturę koła. Rozwiązaniem okazało się Stowarzyszenie.
Zresztą było ich kilka, niektóre bardzo egzotyczne. Była też spółdzielnia, spółka koleżeńska itp.
Na początku było radio 
Dziś w tym samym celu mam własną firmę. Ponieważ nadal jestem naukowcem, od tej pory żyję w ?rozkroku?, pytanie tylko czy w grzechu… Pytanie to było, jest i pewnie będzie aktualne zawsze. Nie istnieje bowiem wymierna miara moralności. Istnieje natomiast możliwość formalnego ograniczenia czy wręcz szykanowania w tym zakresie bądź ? przeciwnie ? zachęcania. Przy dostępnej obecnie różnorodności form własności wszelkie ograniczanie naukowcom bezpośredniego (współwłaściciel) lub pośredniego (jedna z form zatrudnienia) udziału w życiu gospodarczym wydaje się mało skuteczne. Szykanowanie jest generalnie zabronione przez Kodeks Pracy i ? dodatkowo ? w konsekwencji czyni z szykanowanego ofiarę, zaś z szykanującego grzesznika. Obaj w takim przepadku najczęściej zaczynają robić habilitację z technik wojennych.
Można zachęcać, ale wtedy powstaje inne pytanie: po co? Pytanie to powinno być sformułowane zresztą bardziej ogólnie i dotyczyć korzyści płynących dla polskich uczelni ze współpracy z przemysłem. Jako biznesmen-
-praktyk mam prostą odpowiedź: kasa dla pracowników i samej uczelni. Jako recydywista-naukowiec wiem, że odpowiedź wymaga uwzględnienia misji uczelni, którą jest ?produkcja? absolwentów i ?tworzenie? nauki. Oczywiście kasa jest niezbędna w każdym przypadku, ale ? jeśli przyjmiemy założenie, że naukowcy są jednak misjonarzami ? należy uwzględnić, jaki wpływ na jakość absolwentów i nauki ma współpraca z przemysłem. Mówiąc naszym językiem: kasa jest warunkiem koniecznym, ale niewystarczającym. 
Zatem należy postawić pytanie, czy współpraca z przemysłem może pozytywnie wpłynąć na poziom dydaktyki.
Odpowiedź zilustruję pewnym przykładem: od zawsze pasjonowałem się elektroniką, bo wtedy informatyki nie było… lub nie wiedziałem, że jest. W liceum na podstawie ?Młodego Technika? ze zdobycznych części (w tym pierwszego polskiego tranzystora TG3A lub TG5, nie pamiętam dokładnie), używając lutownicy zrobionej z gwoździa, zmajstrowałem radio. Po podłączeniu płaskiej bateryjki znienacka zagrało ? aż się przestraszyłem. Ale szczęśliwy byłem tylko przez chwilę, ponieważ naturę mam taką, że przyjemność mam ze zdobywania szczytów. Późniejsze podziwianie krajobrazów z góry raczej mnie nudzi. Żeby więc zrobić następny krok, postanowiłem zrozumieć zasadę działania urządzenia. W tym celu namówiłem rodziców na kupno książki, która opisywała działanie tranzystora. Dotyczyła rekombinacji dziur i elektronów oraz wykorzystywała rachunek macierzowy z modelem h… Wówczas dla mnie była to czarna magia.
Wiedza akademicka w praktyce 
Odczarować ją miały studia ? liczyłem na matematykę i fizykę. Ze studiów niewiele pamiętam, ale mojego pierwszego wykładu nie zapomnę do końca życia ? matematyka, rachunek macierzowy ? wielka aula, 150 osób, ja gdzieś na końcu i wielka tablica. Młody, ambitny wykładowca rozpoczął wykład z szybkością karabinu maszynowego najnowszej generacji, zapisując całą ogromną tablicę w 15 minut. Sala zaczęła szumieć, ale to w niczym nie przeszkadzało wykładowcy. Stanął na końcu tablicy i wycierając sobie prawy narożnik, zapisywał rzeczy, które się filozofom nie śniły. Ponieważ nie umiałem nawet tego zanotować, stwierdziłem, że wykład jest niepotrzebny. W końcu jednak mimo braku notatek matematykę zaliczyłem na 4. Trochę lepiej było na fizyce, gdzie rekombinacja w końcu odsłoniła przede mną swoje tajemnice. 
Bazując na dobrych ocenach, wydawało mi się, że mogę wrócić do lektury mojej książki. Ponieważ rozumiałem już, co czytam, postanowiłem zastosować nową wiedzę i poprawić nieco wadliwy projekt skonstruowanego wcześniej wzmacniacza słuchawkowego. Szybko okazało się, że do przekształceń znalezionych w książce wzorów potrzebuję minimum kartki A3 i bardzo drobnego pisma. Może byłem zbyt niecierpliwy, ale szybko zgubiłem się w wyliczeniach. Mówiąc krótko: kolejne fiasko.  
Szczęście mnie jednak nie opuściło, ponieważ na czwartym roku miałem wykład z elementów automatyki. Pan doktor, później mój kolega z pracy, rozpoczął od: ?Przypomnijmy sobie, jak działa tranzystor. (?) Pamiętamy, że opisujemy go parametrami h? ? kontynuował, ale zaraz potem dodał: ?Dla nas istotne jest jednak to, że upraszczając możemy wyróżnić trzy obszary pracy, z których każdy, dodam, jest opisany elementarnie prostym równaniem liniowym lub stałą?. Oniemiałem. Jak to możliwe, że sam na to wcześniej nie wpadłem? Przecież posiadałem potrzebną do tego wiedzę. Przynajmniej teoretycznie. Powyższy przykład pokazuje, że szczegółowa wiedza z wybranych dziedzin oraz fachowa akademicka literatura bez dobrego nauczyciela okazują się często dalece niewystarczające. 
Sztuka kompromisu
Z perspektywy 30 lat zmagań z praktycznym stosowaniem nauki wiem, że w tym przypadku pomogło doświadczenie wykładowcy. Matematyka i fizyka rozwijają się ewolucyjnie. Inaczej jest z informatyką. Dlatego dziś, wykładając wybrane aspekty informatyki, przed każdym wykładem zadaję sobie pytanie, czy to co mówię dzisiaj, będzie również aktualne i potrzebne za 30 lat. Pytanie jest retoryczne, ale wiem z całą pewnością, że aby próbować zbliżyć się do tego ideału, niezbędna jest praktyka inżynierska. Praktyka, która zmusza nas do tworzenia i posługiwania się możliwie uproszczonymi modelami. Z drugiej strony ograniczeniem upraszczania jest wierne odzwierciedlenie rzeczywistości, co ? innymi słowy ? oznacza kompromis pomiędzy dokładnością i prawdziwością. Zatem jednym z istotniejszych pytańna progu nauki i praktyki przemysłowej jest: jak szukać kompromisu w opisie rzeczywistości?
Niekiedy jednak sam kompromis nie wystarczy. W jednym z prowadzonych przeze mnie projektów kolega profesor miał opracować model dużego systemu ciepłowniczego ? 800 km rur o różnej średnicy wypełnionych wrzątkiem. Badania laboratoryjne (symulacyjne) zakończyły się pełnym sukcesem, więc z optymizmem zaczęliśmy prace wdrożeniowe. Powstał jeden problem ? do modelu potrzebna była masa wody znajdującej się w tych rurach. Przeczuwałem, jaka będzie reakcja, ale skierowałem odpowiednie pytanie do specjalistów. Drwinom nie było końca, a nasze tytuły naukowe zadziałały, jak czerwona płachta na byka. Szczęśliwie szybko znaleźliśmy inne rozwiązanie, a nasz autorytet, powstały na bazie dziesiątek zrealizowanych projektów, pozwolił przetrwać kryzys.
Ktoś może powiedzieć, że opisany przypadek jest tylko ciekawostką z placu budowy. Jednak ja takich przykładów znam wiele. Dlatego twierdzę, że projekty wdrożeniowe dla przemysłu ? nawet czasami elementarnie proste ? dzięki zmianie sposobu myślenia mogą bardzo pozytywnie wpłynąć na jakość dydaktyki i tworzonej nauki. Wymagają bowiem znalezienia na tyle prostego modelu rzeczywistości, by można go było zrozumieć i wystarczająco wiernego, by można go było stosować. 
Współpraca nauki z przemysłem jest zagadnieniem bardzo rozległym. Tu starałem się zwrócić uwagę jedynie na wybrane jej aspekty, w formie zachęcającej do dalszej dyskusji.
Dr inż. Mariusz Postół jest pracownikiem Samodzielnego Zakładu Sieci Komputerowych Politechniki Łódzkiej i współzałożycielem CAS ? przedsiębiorstwa wdrażającego systemy automatyki przemysłowej. Zrealizowało około 100 projektów IT i automatyki, głównie w branży lotniczej, górnictwie i energetyce. Specjalnością CAS są systemy rozproszone, systemy komunikacyjne oraz integracja automatyki (PLC, DCS) i systemów IT wykorzystywanych do zarządzania (SCADA, HMI, MES, ERP, CRM, GIS, SCM) w przedsiębiorstwach przemysłowych.