Czy Polacy powinni obawiać się robotyzacji? Komentarz do artykułu Financial Times pt….

Robotyzacja uzdrawia gospodarkę i tworzy bezpieczną przestrzeń dla obywateli. Uwalnia pracowników ze stanowisk, które są uciążliwe, ciężkie fizyczne czy wręcz niebezpieczne dla zdrowia ludzi, ale jednocześnie tworzy nowe, bardziej perspektywiczne miejsca pracy.

W ostatnim przeglądzie prasy przebija się sensacyjna informacja dotycząca wpływu rosnącego zastosowania robotów w produkcji przemysłowej, oświacie i służbie zdrowia na przychody średniej klasy społecznej w USA. Informacja opublikowana przez poniedziałkowy „Financial Times” wywołała ogromne zainteresowanie polskich mediów, a za ich pośrednictwem także opinii publicznej. Biorąc pod uwagę, że temat wpływu robotyzacji na codzienne życie społeczeństwa (pracowników przemysłu, jak i konsumentów) jest znacznie bardziej złożony, moim obowiązkiem jako Prezesa polskiego oddziału jednej z największych firm produkujących roboty przemysłowe na świecie, z wykształcenia robotyka i automatyka, jest skomentowanie tych doniesień także w kontekście znacznie bliższej nam perspektywy lokalnej. Forma przedstawienia tematu jest bowiem bardzo krzywdząca dla rozwoju polskiego przemysłu, a postawiona w artykule teza zawierająca się  w stwierdzeniu, że roboty zabierają pracę ludziom jest nieprawdziwym i uproszczonym domniemaniem. Dla Polski jest to tym bardziej szkodliwe, że poziom zrobotyzowania naszych przedsiębiorstw jest jednym z najniższych na całym świecie. Polskie przedsiębiorstwa, bez podniesienia wskaźnika robotyzacji już wkrótce nie będą w stanie konkurować z wydajniejszymi przedsiębiorstwami zagranicznymi, czy z tanią siłą roboczą ze Wschodu. Wtedy zaczną się inne medialne burze – dlaczego nie robotyzowaliśmy na czas?

Autorzy publikacji zwracają uwagę, że średni przychód w USA obniża się z roku na rok od pięciu lat. Miejsc pracy przybywa w niskopłatnym segmencie gospodarki, jak gastronomia i w wysoko opłacanych, specjalistycznych usługach, ale nie wśród pracowników opłacanych średnio od 13,84 do 21,18 USD za godzinę. „Zatrudnienie wśród nisko opłacanych grup pracowników o słabych kwalifikacjach (zarabiających 7,69-13,83 USD za godzinę) w czasie ostatniej recesji zmniejszyło się o 22 proc., ale prace przez nich wykonywane stanowią 58 proc. ogółu nowych miejsc pracy wygenerowanych w gospodarce w fazie jej obecnego odbicia" – stwierdza gazeta.

Autorzy publikacji w Financial Times wyrokują, że główną przyczyną dla której topnieją dochody klasy średniej jest robotyzacja, która znacznie zwiększa wydajność pracy. W artykule czytamy: „Gospodarka w USA z każdym miesiącem staje się coraz bardziej zautomatyzowana. W styczniu w przemyśle wytwórczym przybyło 4 tys. nowych miejsc pracy, jednak od lipca ubiegłego roku zatrudnienie netto nie zwiększyło się. Równocześnie aktywność w przemyśle przyrosła w styczniu w najszybszym tempie od kwietnia 2012r.” – pisze „FT” i tłumaczy ten paradoks postępującą robotyzacją.

Co na to eksperci i obserwatorzy rynku?
Analitycy badający kondycję amerykańskiej gospodarki są znacznie bardziej optymistyczni.
W ostatnim czasie były publikowane komunikaty, z których jednoznacznie wynika, że amerykańska gospodarka odżywa.  PAP w depeszy opublikowanej w dniu 1 lutego br.

(http://www.dziennik.com/wiadomosci/artykul/bezrobocie-w-gore-ale-przybywa-miejsc-pracy) donosi, że o poprawie sytuacji w USA świadczyć może m.in. wskaźnik aktywności w przemyśle, który wzrósł w styczniu tego roku do 53,1 pkt. z 50,2 pkt. w poprzednim miesiącu, po korekcie. Analitycy spodziewali się indeksu na poziomie 50,7 pkt. Poziom 50 pkt. przy oznaczaniu publikowanego przez Instytut Zarządzania Podażą (ISM) wskaźnika aktywności stanowi granicę między rozwojem a spadkiem w sektorze.

O ożywieniu na rynku pracy w USA świadczą także badania firm prywatnych. W firmach w USA przybyło w styczniu 2013 r. 192 tys. miejsc pracy – wynika z raportu ADP Employer Services. Analitycy oceniali, że w amerykańskiej gospodarce w styczniu przybyło 165 tys. miejsc pracy. W grudniu 2012 r. przybyło 185 tys. miejsc pracy, po korekcie – wynika z danych ADP.

W styczniu 2013 r. liczba zapowiadanych zwolnień pracowników w USA spadła o 24,4 proc. w stosunku do tego samego okresu roku 2012, po spadku w grudniu 2012 o 22,1 proc. – wynika z raportu firmy Challenger, Gray & Christmas Inc. Liczba planowanych zwolnień wyniosła w styczniu 40 430 wobec 32 556 miesiąc wcześniej. Amerykańscy pracodawcy zadeklarowali chęć zatrudnienia 60 585 pracowników wobec 16 266 miesiąc wcześniej.

A jak w tym kontekście wygląda sytuacja w Polsce?
Początek 2013r. dla Polaków niestety nie jest zbyt optymistyczny. Wzrost bezrobocia i brak wyraźnych przesłanek do poprawy ogólnej sytuacji na rynku nie nastraja pozytywnie, ani klasy średniej, ani tych osób, które mają niższe kwalifikacje i zarabiają najmniej. Co gorsza miejsc pracy przybywa niewiele, więcej w usługach niż w przemyśle, który w ostatnich latach znacznie się skurczył  i nadal mierzy się z efektami globalnego kryzysu, w cieniu którego hasło „konkurencyjność” zyskało na znaczeniu.
Co przyczyniło się do zaniku pracy w polskim przemyśle?
Zdaniem ekspertów duży wpływ na obecny stan miało prawo sprzyjające bardziej likwidacji przedsiębiorstw niż ich naprawie, gdy popadną w kłopoty finansowe. Procesy naprawcze były i nadal są marginalizowane, dlatego tak bardzo potrzebne są nam zmiany.

Niejednokrotnie do kłopotów przedsiębiorców, jak również pracowników polskich zakładów przyczyniły się błędy w prywatyzacji. Niektóre sprywatyzowane przedsiębiorstwa były dość szybko likwidowane, ponieważ ich właścicielom bardziej zależało, aby zdobyć atrakcyjną w lokalizacji działkę, niż utrzymać produkcję. Efekty takich działań były korzystne dla wąskiej grupy osób, ale odbywało się to kosztem całego społeczeństwa. Między innymi dlatego, że pracownicy, którzy stracili posady, rejestrowali się w urzędzie pracy i jako osoby bezrobotne pobierali zasiłki, na które składają się podatnicy. To jednak nie wszystko. Pracownicy z wielu branż produkujących produkty użytkowe, np. z branży odzieżowej tracili etaty, ponieważ ich przedsiębiorstwa nie wytrzymywały konkurencji z tanim importem z Chin.

Konkurencyjność i wydajność produkcji zyskały jednak na znaczeniu i dziś są dla nas najważniejsze. Jest to bowiem jedyna droga, aby uzdrowić przedsiębiorstwa, które w Polsce przetrwały, ale mimo to wciąż muszą poprawiać wyniki, aby utrzymać się na coraz bardziej wymagającym rynku. Bez optymalizacji parametrów produkcji i obniżenia jej kosztów nie będzie to możliwe.  

Robotyzacja jest receptą na zatrzymanie produkcji w kraju
Autorzy publikacji w „FT” obwiniają robotyzację  o to, że jest efektywna i poprawia konkurencyjność przedsiębiorstw, przy okazji sprawiając, że klasa średnia zarabia przez to mniej. Pierwsza część tej tezy z pewnością jest prawdziwa, z drugą jednak nie mogę się zgodzić.

Analizując opisaną zależność: robotyzacja vs. poziom dochodów społeczeństwa trzeba zwrócić uwagę, że robotyzacja działa nie tylko na korzyść pojedynczych przedsiębiorstw, ale także całej gospodarki. Stawia przemysł na nogi, co odzwierciedlają ogólne wskaźniki ekonomiczne. Buduje rynek i poczucie bezpieczeństwa wśród obywateli. Co więcej robotyzacja jest dla Polski receptą na zatrzymanie rodzimej produkcji w kraju, bo zwiększając konkurencyjność naszych przedsiębiorstw zapobiega przenoszeniu produkcji do krajów o tańszej sile roboczej (sytuacja ta ma miejsce zwłaszcza w przypadku międzynarodowych koncernów np. z centralą w USA lub Niemczech, a oddziałami w Polsce, Rumunii i Rosji) oraz upadkowi rodzimych firm z kretesem przegrywających z zagraniczną konkurencją.

Amerykański przykład pokazuje także, że wzrost poziomu automatyzacji w żaden sposób nie zagraża pracownikom o najniższych kwalifikacjach, którzy w przypadku zwolnień tracą etaty w pierwszej kolejności, z uwagi na to, że nie są w stanie się łatwo przekwalifikować. W Ameryce, jak pisze „FT”, osoby takie bez przeszkód znajdują zatrudnienie na dynamicznie rozwijającym się rynku usług.

Podobny pogląd dotyczący pozytywnego wpływu robotyzacji na zatrudnienie wyrażają eksperci londyńskiego Instytutu Badawczego Metra Martech, którzy badali korelację pomiędzy instalacją robotów w przedsiębiorstwach, a tworzeniem miejsc pracy, na zlecenie Międzynarodowej Federacji Robotyki (IFR). Z danych opublikowanych w raporcie pt. „Positive impact of industrial robots on employment” wynika, że dzięki zastosowaniu robotów na świecie przybyło już 8 – 10 mln miejsc pracy. A sprawa jest znacznie bardziej perspektywiczna – jak szacują eksperci z IFR, w ciągu następnych pięciu lat dzięki robotom powstanie od 700 tys. do 1 miliona nowych miejsc pracy, głównie w przemyśle spożywczym i fotoogniwach. Zatrudnienie będzie rosło albo na zasadzie bezpośrednich związków z robotyką albo też będą to miejsca pracy pośrednio dzięki niej stworzone – mowa choćby o marketingu czy sprzedaży. Są to miejsca pracy stworzone wprost dla klasy średniej, skąd wywodzi się przecież wielu specjalistów średniego szczebla pracujących dla różnych branż na całym świecie.

Robotyzacja uzdrawia gospodarkę i tworzy bezpieczną przestrzeń dla obywateli. Uwalnia pracowników ze stanowisk, które są uciążliwe, ciężkie fizyczne czy wręcz niebezpieczne dla zdrowia ludzi, ale jednocześnie tworzy nowe, bardziej perspektywiczne miejsca pracy.

Czy Polacy powinni obawiać się robotyzacji?
Absolutnie nie, ponieważ jest to jedyna szansa dla skutecznego rozwoju polskiej gospodarki. Nie wolno zapominać nam o tym, że Polska jest jednym z najmniej zrobotyzowanych krajów świata (gęstość robotyzacji tj. wskaźnik liczony w oparciu o liczbę robotów przypadających na 10 tys. pracowników – wynosi 14, dla porównania w Czechach/Słowacji – 48, a w Niemczech 261), który potrzebuje recepty na zatrzymanie rodzimej produkcji w kraju, a także zapewnienia pracy pracownikom. Roboty mogą nam w tym pomóc.  Dlatego warto o tym mówić i pokazywać zagadnienie robotyzacji w rzetelny sposób, który zachęca do zgłębiania wiedzy na jej temat. 
Konrad Grohs
prezes FANUC Polska